Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 2 . Rozdział 4 .    

   Poranek był tak mlecznoblady jak pierwszy poranek Iana na tej planecie, z porozrzucanymi na niebie nieprawdopodobnie różowymi chmurami. Różowymi i złocistymi, i perłowobiałymi: w obniżeniach terenu zalegało nieco mgły. Kondensacja spowodowana przez wilgoć przesycającą powietrze oraz osiągnięcie przez otaczającą temperaturę punktu krytycznego: to pogoda. Wilgoć pochodziła z poprzednich opadów oraz parowania gleby i procesów oddechowych roślin. Poprzez kombinację naturalnych i mechanicznych procesów taki sam efekt można było wywołać w cieplarni na stacji.

   Tutaj efekt był bardzo ładny. Nigdy jednak nie pomyśleli o różowych chmurach. Szkoda, pomyślał Ian. Powinno się w odpowiednich miejscach położyć żel i organizować zwiedzanie. Oglądanie efektów planetarnych.

   Ładnie, powiedział wtedy Julio od wejścia do baraku. Ładnie, zimno, baw się dobrze.

   Estevez ze swoimi regulowanymi temperaturami i przefiltrowanym powietrzem: inżynier systemów podtrzymywania życia, reagujący na środowisko alergią, nie był dla medyków dobrym okazem eksperymentalnym.

   Estevez chował się przed dziennym niebem. Czyżby tylko raz rzuciwszy okiem na pogodę przyznawał się do swego strachu? Uciekał przed nim? Nie, jeżeli musiał wracać do środka i wymiotować. Mówił, że to alergia.

   Śmieszne, tylko że wcale nie było to śmieszne, ponieważ Estevez nie mógł opuścić tego świata. Steroidy nie stanowiły rozwiązania na dłuższą metę, a przez ponad sto lat na stacji nie było żadnych problemów immunologicznych. W ich małym laboratorium nauk o ziemi, jakie tu mieli, modyfikowanie genów nie wchodziło w rachubę, nie mogli wysłać próbki Na Górę, nie mieli nikogo, kto potrafiłby obsłużyć sprzęt, gdyby udało się im go tu sprowadzić, wcale nie mieli stuprocentowej pewności, czy w tych egzotycznych warunkach powinni próbować modyfikacji genów, a tymczasem Archiwum wpadło na starszy, prostszy pomysł: znaleźć substancję alergogenną. Spróbować odczulenia.

   Świetnie - powiedział Estevez, cierpiący na bezsenność od steroidów, najeżony igłami, oklejony taśmą, poddawany eksperymentom przez botaników i biologów. Spróbuje wszystkiego. Tymczasem oddychał filtrowanym powietrzem, zachowywał poczucie humoru i było mu dobrze - tyle że przerażała ich jego reakcja na cokolwiek jeszcze po dwóch miesiącach spędzonych na dole. Medycy sądzili, że powinno to trwać dłużej. Nie mieli pewności. Nie istniała dotychczas stupięćdziesięcioletnia, genetycznie odizolowana i poddana promieniowaniu populacja ludzka, która byłaby w dodatku wystawiona na działanie środowiska obcego świata. A przynajmniej nie figurowała w ich danych.

   Cudownie - powiedział Estevez.

   Tymczasem wszyscy, którzy przeprowadzali pomiary, wyznaczając za pomocą taśmy siatkę i licząc gatunki, zbierali próbki wszystkiego, co było nowe: krzaków, traw, roślin nasiennych i zarodnikowych, grzybów i tak dalej. Medycy podstawiali niektóre próbki pod nos Estevezowi, a inną ich część przyklejali mu taśmą do skóry. Wieszali na wietrze samoprzylepne paski i liczyli, co się do nich przyklejało; analizowali wkłady filtrów, sądząc początkowo, że to, na co reaguje Estevez, musi unosić się w powietrzu. Teraz jednak zajęli się nową teorią i analizowali próbki gleby i martwych traw, szukając pleśni.

   Do zwykłych testów dodali więc przyrząd do pobierania próbek gleby i rozszerzyli siatkę poza wysterylizowany obszar. Ian pobierał próbkę co sto metrów, wbijając plastikową rurkę głębiej niż sięgały korzenie, i zostawiał do zabrania w drodze powrotnej niebieskie plastikowe pojemniki z próbkami w rzędzie ciągnącym się za nim w dół wzgórza. Starzy wyjadacze potrafili chodzić szybko. On szedł wolnym krokiem i często się zatrzymywał, bo bolały go płuca. Szedł w górę długim stokiem prosto we wschodzące słońce.

   Wczoraj zobaczył na tym wschodnim wzgórzu jakiś inny kolor. Wyglądało to na kwitnącą roślinę, a jeśli kwitła w tej oszczędnej przyrodzie, to można było się domyślać, że w celu wyprodukowania materiału genetycznego do reprodukcji płciowej mającej zaowocować nasieniem, tak jak u traw, co zgodnie z ich ziemskim nastawieniem było metodą prawdopodobną i korzystną.

   To zaś wskazywało, że roślina rozsiewa coś w powietrzu, a jeśli coś rozsiewa, to można było przyjąć, że jest to pyłek. Komitet wciąż się spierał nad tą sprawą - niby - pyłek czy niby - zarodniki z niby - kwiatów, ale można było zapytać Esteveza, czy go to cokolwiek obchodzi. Problem rozmnażania traw szerokolistnych może wymagać dyskusji i prawdopodobnie nowego nazewnictwa, ale to wyglądało mu na kwiaty podobne do tych, które hodowali w cieplarni z ziemskich nasion. Były czerwono - fioletowe i różniły się od wszystkiego, co dotąd widzieli w tutejszym krajobrazie.

   A kiedy, chcąc uzyskać próbkę w postaci całej rośliny, wspiął się na tyle wysoko, że poczuł jej woń, okazało się, że kwiat ma cudownie słodki zapach.

   Chowając go i mając dużą nadzieję na wyleczenie Esteveza, wyjął kątownik, naciągnął na plastikową ramkę metrowe linki, wziął do ręki rejestrator i zaczął liczyć zwykłe trawy - Lawton twierdził, że jest jeden typ, który przy przeciętnie 136 ziarnach w kłosie stanowi dowód na sztuczną selekcję. Zapewne rozprzestrzenił się z pól uprawnych i może pozwolić im na zbieranie z bezpiecznej odległości informacji na temat przydatności do jedzenia roślin, które uprawiają tubylcy.

   A to z kolei...

   Na dole wśród budynków bazy zawyła nagle syrena. Siedzący na ziemi Ian zamarł w bezruchu, spojrzał w dół i rozejrzał się wokół siebie, myśląc, że jakiś mierniczy po drugiej stronie doliny musiał źle ocenić swoją pozycję i uruchomił alarm obwodowy.

   Rosnąca obok niego trawa zaszeleściła nie tak, jak muskana wiatrem.

   Zaskoczony Ian obrócił się na jednym kolanie i wlepił wzrok w parę brązowych, zakurzonych wysokich butów, potem w skraj brązowego, sięgającego kolan kaftana, zapinanego na liczne guziki, i górującego nad nim czarnego jak heban olbrzyma.

   Nie mógł się poruszyć. Słyszał wyjący w dali alarm i nagle uświadomił sobie, że to on znajduje się w niebezpieczeństwie i że uruchomił go ten... człowiek, ta istota, która zaczekała na właściwą chwilę i wybrała właśnie jego...

   Tubylec skinął na niego ręką - raz, dwa razy, wyraźnie dając mu znak, żeby wstał. Nie można było nie rozpoznać inteligencji, celowości ruchów, cywilizowanego charakteru tubylca. Był czarny jak noc, a jego twarz nawet w najmniejszym stopniu nie przypominała ludzkiej, choć jej płaszczyzny i krzywizny składały się na oblicze w surowy sposób przystojne.

   Skinął ręką trzeci raz. Nie widząc żadnego bezpośredniego zagrożenia, Ian wstał. Tubylec był imponująco wysoki - przerastał go co najmniej o głowę - i miał szerokie ramiona. Ian nie zauważył u niego żadnej broni. Nagle zdał sobie sprawę, że tubylec może za broń uznać część jego sprzętu. Bał się nawet sięgnąć po swoją sondę, bał się zrobić jakikolwiek ruch, przypominając sobie ziemską historię błędów, których skutkiem bywały wojny, i zaprzepaszczonych szans na rozsądne rozwiązania.

   Sięgnął jednak ostrożnie ręką do kieszeni na piersi i włączył kciukiem kieszonkowe radio, cały czas obserwując, czy tubylec nie wykazuje choćby najmniejszych oznak niepokoju.

   Powiedział cicho, obserwując twarz tubylca:

   - Baza, nawiązałem kontakt. Baza. - Mówił cicho, nie spuszczając oka z obcego, jakby przemawiał do niego. - Baza, tu Ian. Nawiązałem kontakt. Mam tu towarzystwo.

   Tubylec nadal stał spokojnie, lecz w nagłym strachu, że z głośniczka może zabrzmieć jakaś nieostrożna odpowiedź bazy, Ian przesunął kciukiem potencjometr głośności z gorącą nadzieją, że robi to we właściwym kierunku.

   - Nil li sat - ha - odezwał się obcy, a przynajmniej tak to zabrzmiało. Miał cichy i, dzięki Bogu, rozsądnie brzmiący głos. Ian zaprosił go z kolei do bazy, pokazując ręką za siebie w dół.

   Obcy znów machnął w kierunku szczytu wzgórza.

   - Baza - powiedział Ian, starając się powstrzymać drżenie głosu - to mówił on. To chyba mężczyzna. Na to wygląda. Wysoki gość. Dobrze ubrany. Nie ma broni. Nie przychodźcie tu. Wygląda na cywilizowanego. Posłucham go, wyjdę poza granicę, nie chcę go zaniepokoić. Nie podchodźcie. I nic do mnie nie mówcie.

   Poczuł na ręce twardy, mocny uścisk. Obejrzał się w zdumieniu na obcego - jeszcze nigdy w życiu nikt go nie chwycił z taką siłą. Sytuacja jednak nagle zaczęła się komplikować: rzuciwszy okiem w dół, stwierdził, że pod górę w ich kierunku biegną jego towarzysze, obcy był wyraźnie zaniepokojony gdyby ktoś teraz popełnił błąd, ich życie i wszystko, nad czym pracowali, mogło stanąć pod znakiem zapytania.

   Obcy chciał, żeby Ian z nim poszedł. Jakaś jego część nade wszystko chciała wrócić biegiem do strefy bezpieczeństwa, do tego, co znał, z czym potrafił dawać sobie radę na własnych warunkach.

   Lecz ręka, która ciągnęła go za ramię, była zbyt mocna, by się jej skutecznie opierać. Ian dał się więc obcemu pociągnąć za sobą, wciąż próbując wymyślić, co ma robić. Nie wyłączył komunikatora w nadziei, że nikt ich nie będzie gonił ani nie osaczy, i teraz wydyszał:

   - Baza, nic mi nie jest, jestem bezpieczny, on chce rozmawiać, na litość boską, baza, każcie im się wycofać...

   Nie miał jednak pojęcia, dlaczego tak za nimi pędzą, czy może wiedzą coś, o czym nie wie on, ani czy baza coś do niego mówi. Nie mogli walczyć. Mieli trochę broni na wypadek, gdyby na ich teren zabłąkały się jakieś niebezpieczne zwierzęta, ale stanowili nieliczną garstkę ludzi na nie należącej do nich planecie, której nie mogli opuścić, na którą do czasu zbudowania lądownika nikt nie mógł do nich przylecieć, nawet Gildia, i w żaden sposób nie mogliby powstrzymać tubylców, gdyby ci postanowili zaatakować.

   Ktoś znajdujący się poniżej zawołał, Ian nie dosłyszał słów, ale obcy zaczął biec, zmuszając Iana do pójścia w jego ślady. Brakło mu tchu i potykał się.

   - Cofnijcie się! - krzyknął do kogokolwiek, kto go słuchał. - On mi nie robi krzywdy, nie ścigajcie go, do cholery!

    Zabrakło mu tchu. Nie zaaklimatyzował się w tutejszym powietrzu, nie mógł jednocześnie biec i mówić, starał się nie upaść, kiedy obcy kluczył między krzakami i skałami, ciągnąc go za sobą.

   Wtem nogi go jednak zawiodły i Ian runął na kolana na kamienisty grunt. Obcy wciąż trzymał go za ramię chwytem, który nie pozwalał krwi docierać do dłoni.

   Ian podniósł wtedy na niego przestraszony wzrok, usiłując złapać oddech i wstać. Obcy poderwał go w górę, wykręcając mu rękę i oglądając się za siebie: Mimo bólu Ian pomyślał, że obcy boi się tak samo jak on.

   - Nic mi nie jest - odezwał się do mikrofonu. - Ściszyłem dźwięk. Nie słyszę was. Nie chcę go przestraszyć, nie idźcie za mną!

   Obcy znów go szarpnął i Ian z całych sił starał się dotrzymać mu kroku. Paliły go płuca, oddech ranił gardło niczym nóż. Poczuł, że kręci mu się w głowie i obcy zaczął go na wpół nieść. Ian spazmatycznie chwytał powietrze ustami, a świat widział w odcieniach szarości.

   W końcu obcy zaciągnął go w jakieś ciemne miejsce i przydusił własnym ciałem oraz kaftanem. Ian nie protestował, usiłując jedynie oddychać i, wysunąwszy twarz na świeże powietrze, ułożyć się u boku dyszącego obcego, chcąc jedynie zachować życie i nie sprowokować nikogo do żadnego głupstwa.

następny